Jak powstało Kickomi
Mała sztuka dla każdego.
Historia napisana w Tajlandii, Malezji, Holandii i Wrocławiu.
Dziś prowadzę Kickomi — polski sklep z art toys, blind boxami i designerskimi figurkami. Pop Mart, Labubu, Skullpanda, Sonny Angel, Smiski, Hirono, BE@RBRICK, Fugglers. Pakuję paczki we Wrocławiu, kręcę TikToki, piszę blog.
Ale całe to przedsięwzięcie zaczęło się przez przypadek. Bez planu, bez wizji, bez „zawsze marzyłam o własnym brandzie”. Zaczęło się od jednej wiadomości od przyjaciółki, którą dostałam we wrześniu 2024, w środku pobytu w Azji.
To jest cała historia. Z prawdziwymi datami, prawdziwymi miastami i prawdziwymi pomyłkami.
Sonny Angel w Tajlandii
Byłam w Bangkoku. Przyjaciółka napisała do mnie z prośbą:
„Jesteś w Japonii, kup mi Sonny Angela.”
Po pierwsze, nie byłam już w Japonii — byłam w Tajlandii. Po drugie, nie miałam pojęcia, co to jest Sonny Angel.
Wpisałam w Google. Wyskoczyły zdjęcia maleńkich, nagich figurek w kapelusikach: truskawka, marchewka, mały owoc na głowie. Pastelowe, dziwaczne, słodkie w sposób, który nie pasował do niczego, co znałam. „Okej” — pomyślałam — „jak ktoś tego chce, to spróbuję znaleźć.”
Trzy dni szukania. Wszędzie wyprzedane.
W końcu trafiłam na sklepik w jednej z bangkockich galerii handlowych, gdzie obowiązywała dziwna zasada: musisz wydać minimum 50 zł na inne rzeczy, dopiero wtedy możesz dokupić jednego Sonny Angela. Klasyczna mechanika scarcity, której wtedy oczywiście nie nazwałam — wiedziałam tylko, że to absurd i że muszę to zrobić, bo obiecałam.
Weszłam do tego sklepu. I zobaczyłam całą półkę słodkich, dziwnych stworków, których nigdy w życiu nie widziałam. Sonny Angele, jakieś Smiski, jakieś inne marki, czego w ogóle nie znałam.
Wydałam te 50 zł. Kupiłam Sonny Angela przyjaciółce. Kupiłam też kilka dla siebie. Nie rozumiałam, czemu — po prostu chciałam.
Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to nazywa się art toys. Nie wiedziałam, że to globalny rynek wart kilkanaście miliardów dolarów rocznie. Nie wiedziałam, że za rok będę prowadziła sklep w Polsce.
Labubu i moja nauczycielka angielskiego z Malezji
Pięć miesięcy później. Z Tajlandii zostały mi pastelowe stworki na półce i wspomnienie absurdalnego sklepu. Życie wróciło do normy — pracowałam, mieszkałam we Wrocławiu, dwa razy w tygodniu miałam lekcje angielskiego z nauczycielką z Malezji.
Któregoś dnia ona, w połowie rozmowy, mówi mi:
„Wiesz, te Labubu są takie brzydkie. Nie rozumiem, czemu ludzie to noszą.”
Nie znałam Labubu. Wpisałam w Google. Patrzę: małe stworki z dziewięcioma ostrymi zębami, futerkiem, wielkimi oczami. Brzydkie? Może. Hipnotyczne? Tak. „Skoro w Malezji ludzie tego nie rozumieją, ale i tak noszą” — pomyślałam — „to znaczy, że jest popyt. Sprowadzę kilka do Polski. Może pójdzie.”
Wystawiłam pierwsze sztuki na Vinted. Poszły w jeden dzień.
Uzupełniłam Allegro. Tam też poszły.
Patrzyłam na to i myślałam: zaraz, co tu się dzieje. Bo to nie było tak, że sprzedałam jedną figurkę i mam rację. To było tak, że każdy egzemplarz, który wystawiałam, znajdował klienta w ciągu kilku godzin.
Zaczęłam jeździć samochodem do Holandii na poranne dropy. Wyjazd wieczorem, spanie w samochodzie w środku nocy i z rana na drop. Grafik napięty bo między czasie finalizowałam magisterkę. Zaczęłam sprowadzać kolejne IP — nie tylko Labubu, ale Skullpandę, Hirono, Crybaby. Sprawdzałam, co działa, co się sprzedaje, co zostaje na półce.
To była klasyczna sellerka. Arbitraż: kup tam, gdzie taniej; sprzedaj tam, gdzie drożej. Praca, ale praca, która nagle przynosiła sensowne pieniądze.
Wciąż nie byłam kolekcjonerką. Wciąż nie patrzyłam na te rzeczy jak na sztukę. Były dla mnie produktem.
Znowu samolot do Azji
Pakuję plecak na cztery miesiące. Plan był prosty: podróżuję po Azji, firmę prowadzę zdalnie, paczki w Polsce wysyła moja siostra.
Pierwsze tygodnie szły jak na schemacie. Sprzedaż wciąż chodzi, Ksenia drukuje etykiety, klienci dostają zamówienia w 24–48h. Ja jeżdżę z kawiarni do kawiarni i odpowiadam na wiadomości z telefonu.
Aż w pewnym momencie sprzedaż siada.
To było bolesne. Wszyscy w Polsce, którzy chcieli Labubu, już je mieli — hype przeszedł, pierwsza fala wyparowała, drugiej nie było. Klasyczna sellerska bańka: wchodzisz w hot product, robisz dobre tygodnie, potem rynek się nasyca i zostajesz z magazynem.
Powinnam była się zestresować. Ale zauważyłam wtedy coś dziwnego: zainteresowanie samym tematem dalej było. Ludzie pisali do mnie z pytaniami, scrollowali asortyment, dodawali do obserwowanych. Nie chodziło o Labubu konkretnie. Chodziło o kolekcjonowanie.
I to było pierwsze pęknięcie w moim sellerskim myśleniu.
River City
Któregoś dnia w Bangkoku trafiłam do River City — wielopoziomowej galerii sztuki w starej części miasta. Szłam tam po antyki, bo wtedy zbierałam stare przedmioty, lubię pchać palce w przeszłość.
Antyki znalazłam. Ale obok antyków, w tej samej galerii, na tych samych piętrach, stały rzeczy, których w polskich galeriach nie zobaczy się nigdy.
Karty Pokemon w gablotach jak eksponaty. Ilustracje, które wyglądały jak rysunki dziecka — celowo, świadomie, w ramach jakiejś indywidualnej wystawy. Art toys obok klasycznych rzeźb. Lokalni artyści, których pierwsze prace wisiały obok prac mistrzów. Wszystko obok siebie, wszystko traktowane jako sztuka równoprawna.
Nie było hierarchii „wysokie / niskie”. Nie było galerii dla „poważnej sztuki” i osobno sklepiku dla „ozdóbek”. Wszystko żyło w jednej przestrzeni.
Stałam tam i myślałam: ku*wa, czemu tego nie ma w Polsce?
Mała sztuka dla każdego
Skończyłam ASP. Całe życie myślałam o sztuce wysokiej — galeryjnej, instytucjonalnej, niedostępnej. Sztuce, którą ogląda się w muzeach, kupuje na aukcjach, czyta o niej w katalogach.
Ale w Bangkoku, w River City, w sklepikach na Sukhumvit, zobaczyłam zupełnie inny model. Sztuka, która kosztuje 80, 150, 300 złotych. Sztuka, którą ludzie kupują do siebie do domu, na półkę, na biurko. Nie do muzeum. Nie do galerii. Do swojego życia.
To było odkrycie nie estetyczne — bo estetycznie te figurki podobały mi się od dawna — tylko strukturalne. Zobaczyłam, że istnieje cała kategoria sztuki, której polski rynek prawie nie zna jako sztuki. Zna ją jako „zabawki dla dorosłych”, „dziwactwo z TikToka”, „modę na chińskie figurki”. Ale nie jako kategorię artystyczną.
A to są artyści. Kasing Lung, który stworzył Labubu — niezależny ilustrator z Hongkongu, dorastał na nordyckich baśniach, jego sztuka ma swoją filozofię. Xiong Miao, autorka Skullpandy — narracyjne serie, wizualnie potężne, każda kolekcja jak osobna wystawa. Hirono — postać dziecka, które przepracowuje swoje emocje, każda seria to inny rozdział historii.
To wszystko jest sztuka. Tylko w innej skali, w innym medium, dystrybuowana inaczej.
I wtedy w Malezji uznałam: ch*j z byciem sellerką. Chcę robić brand. Chcę przywozić tę małą sztukę dla każdego w Polsce. Chcę o tym mówić, pisać, tłumaczyć — żeby ludzie wiedzieli, że to, co kupują, ma autora, ma kontekst, ma znaczenie.
To nie miał być sklep. To miało być medium.
Nazwa: Kickomi
Wymyśliłam ją tego samego dnia w Malezji, siedząc nad laptopem.
Kick — bo zanim sprzedawałam figurki, sprzedawałam buty. Kicks to slangowe określenie na sneakersy, sprzedawałam je w internecie kilka lat. To mój pierwszy „biznes”. Wpisałam to słowo z nostalgii, żeby coś we mnie zostało z tamtej Kejt, która zaczynała.
Omi — azjatyckie zmiękczenie. Coś, co dodaje brzmieniu ciepła, słodyczy. Pasowało do tego, co teraz robię.
Kickomi — moje dwa życia w jednym słowie. Polski rynek butów i azjatyckie art toys. Pierwsza i druga część kariery, połączone fonetycznie.
Tego samego wieczoru kupiłam domenę.
Sklep startuje
Sklep ruszył w grudniu 2025, jeszcze gdy byłam w Azji. Setup Shopify, pierwsze produkty, packaging, regulamin, polityka zwrotów — wszystko z telefonu i laptopa w wynajętym pokoju. Pierwsze paczki w Polsce pakowała Ksenia. Pierwsze zamówienia podpisywałam z Bangkoku. Pierwsze wiadomości od klientów odbierałam w godzinach polskich, z różnicą sześciu lub siedmiu stref czasowych.
To było zupełnie inne uczucie niż Vinted. Vinted to było sprzedawanie. Kickomi to było budowanie czegoś, co ma swoją tożsamość. Każdy produkt, który wstawiałam, miał swój opis. Każdy artysta dostawał swoją podstronę. Każda paczka miała swoją kartę z podpisem.
W styczniu 2026 wróciłam do Polski. Otworzyłam drzwi swojego mieszkania, zobaczyłam pudła, które Ksenia trzymała dla mnie przez cztery miesiące, i zrozumiałam, że tu już nie ma odwrotu.
Co teraz
Jest czerwiec 2026. Kickomi działa od pół roku. Sprzedaje codziennie — Pop Mart, Labubu, Skullpanda, Hirono, Fugglers, Smiski, BE@RBRICK, Sonny Angel i kilkanaście innych marek. Mam ambasadorów, regularny newsletter, blog z profilami artystów, TikToka, na którym mówię o art toys jak o sztuce — bo nią są.
Powtarzam to często, ale chcę to powtórzyć tu, w pełnej wersji, raz na zawsze:
Mała sztuka dla każdego.
To nie slogan marketingowy. To opis tego, co robię. Przywożę do Polski obiekty kolekcjonerskie, które w innych krajach traktuje się jak legitną sztukę współczesną — i opowiadam o nich tak, jak na nie patrzę. Z perspektywy ASP, z perspektywy psychologii, z perspektywy kogoś, kto sam to kupuje na półkę.
To jest cała historia. Od jednej wiadomości przyjaciółki w 2024 do Kickomi w 2026. Niezaplanowane. Niezakopane w wizji. Po prostu — kolejny krok, potem następny, potem decyzja w Malezji.
Jeśli ta historia rezonuje z Tobą — albo masz swoją kolekcję czegokolwiek, albo zastanawiasz się czy „to nie głupie”, że dorosły człowiek kupuje figurki, albo szukasz miejsca, w którym te rzeczy są traktowane poważnie — zostań na chwilę.
Mała sztuka dla każdego. Tyle.
Sklep z art toys i blind boxami. Profile artystów, eseje, codzienne notatki. Wszystko pod jednym dachem.
— Kejt, założycielka Kickomi