Sztuka jako terapia
O perfekcjonizmie, który nie pozwalał mi zaczynać — i o tym, jak rysowanie nauczyło mnie robić rzeczy brzydkie.
Mówię o sobie: skończyłam ASP, studiuję psychologię. Brzmi jak ktoś, kto ze sztuką ma łatwo.
Prawda jest taka, że przez większość życia sztuka była dla mnie źródłem napięcia, nie ulgi. Musiało być idealne. A jak nie idealne — to wolałam nie robić wcale.
To jest tekst o tym, jak rysowanie wyleczyło mnie z czegoś, co samo wcześniej napędzało: z perfekcjonizmu.
Z domu
Perfekcjonizm wyniosłam z domu. Ale u mnie nie objawiał się tak, jak się o nim zwykle myśli — że dopracowuję wszystko w nieskończoność. U mnie było odwrotnie: jeśli coś miało wyjść brzydkie albo nieidealne, wolałam tego nie zaczynać.
Wkurzałam się, kiedy robiłam coś, co dopiero miało doprowadzić do ładności. Sam proces — to przejście przez etap, w którym jest jeszcze niegotowe, nieładne, niepewne — był dla mnie nie do zniesienia. Napięcie.
Ukojenie znajdowałam w minimalizmie. Tam o perfekcjonizm łatwiej — mniej elementów, mniej rzeczy, które mogą wyjść źle. Im prościej, tym bezpieczniej. Wtedy nie nazywałam tego ucieczką. Myślałam, że to po prostu mój styl.
Nudne i proste
W liceum miałam wystawione prace z fotografii analogowej na konkursie. Była wystawa. I usłyszałam, jak dwie dziewczyny komentują moje zdjęcia:
„Takie nudne. Takie proste.”
To jedno zdanie zakorzeniło się we mnie głębiej, niż wtedy myślałam. Postanowiłam, że nigdy więcej się nie wystawię.
I trzymałam się tego latami. Na ASP brali moje prace na wystawy — a ja na nie nie jeździłam. Kiedy w końcu musiałam pokazać pracę magisterską, zrobiłam to w ogrodzie ASP. Na zewnątrz. Byle nie w sali, byle nie wprost.
Dziś wiem, że to nie był wybór estetyczny. To był strach ubrany w decyzję.
Czerń i czerwień
Prokrastynacja, stres, „nie mam pomysłu”, „wszystko jest do dupy”. Nosiłam w sobie dużo frustracji i ona musiała gdzieś wyjść.
Pamiętam zajęcia z malarstwa, na których po prostu wyrzuciłam z siebie wszystko. Malowałam ekspresyjnie, moje negatywne emocje, wszystko w czerni i czerwieni. W środku tego pojawiła się krzycząca postać.
Nie planowałam jej. Po prostu się tam znalazła. I to zaintrygowało profesorkę — bo było widać w tej pracy to, co naprawdę jest we mnie.
Wtedy pierwszy raz zobaczyłam coś, co później wracało wielokrotnie: moje samopoczucie było widać w tym, co robię. Nie dało się tego ukryć za techniką. Stan wychodził na wierzch sam.
Jedno muzeum w każdym kraju
Przez całe studia dużo podróżowałam. W którymś momencie postanowiłam, że w każdym kraju wejdę do co najmniej jednego muzeum — żeby w końcu zrozumieć, o co w tej sztuce chodzi. Bo szczerze: nie rozumiałam. I chciałam odnaleźć swój kierunek.
Zatrzymywałam się na sztuce nowoczesnej. Potem już tylko tam chodziłam — te wystawy, te muzea. Okazało się, że to, co mnie naprawdę pociągnęło, to konceptualizm.
Moja praca magisterska mocno się na tym oparła — na konceptualizmie i minimalizmie. Było w niej dużo mnie, emocji, głębi. A mimo to do dziś czuję, jakby była niewystarczająca. Nie dlatego, że zabrakło treści — tylko dlatego, że czuję, że nie dałam z siebie 100% w wykonaniu.
I tu znowu wchodzi perfekcjonizm. Kiedy za bardzo ci zależy, nie pozwalasz sobie na eksperyment. Bo przecież musi jakoś wyglądać. Musi się podobać. A to zabija odwagę.
A czemu właściwie nie
Przez całe studia powtarzałam sobie, że nie będę artystką. Co najwyżej projektantką. Brzmiało bezpieczniej.
Ale w projektowaniu chodzi przede wszystkim o to, żeby pracować dla kogoś. I w którymś momencie pomyślałam: jak ja mam robić rzeczy dla kogoś, skoro już samo robienie rzeczy dla siebie sprawia mi taki ból?
Na czwartym roku — po kilku latach „naprawiania” siebie — doszłam do pytania, którego wcześniej unikałam: a czemu właściwie nie chcę być artystką? Co za tym stoi?
Byłam w miejscu, w którym miałam to podane na tacy. Tylko ode mnie zależało, czy wezmę. Uznałam, że spróbuję chociaż pomyśleć, że może jednak mogłabym zostać.
Tak trafiłam na książkę Akt twórczy. Zrozumiałam wtedy, jak dużo sztuki opiera się na czymś z rodzaju duchowości — na czymś, czego nie da się zaprojektować ani dopracować na siłę.
Bazgroły
Postanowiłam zapisać się na fakultet z przedmiotu, na który nigdy bym nie poszła: ilustrację. Przecież tam trzeba myśleć kreatywnie, tworzyć, wyciskać z siebie to coś, czego nie rozumiałam — a wiedziałam, że profesor to ma. Ciągle się zastanawiałam: co on ma, czego ja nie mam? Co on widzi i rozumie, czego ja nie?
Oczywiście trafiło to na mój dołek. Połowa moich prac wyglądała jak jedna wielka depresja. Żyłam tym, co mam w środku — i to dokładnie to było widać.
Profesor ciągle powtarzał, żebym nie wchodziła w głowę, tylko zaczęła zwracać uwagę na to, co mnie otacza. Miałam wtedy: what? Przecież ja mam potrzebę bycia wewnątrz.
Po czasie te słowa do mnie dotarły. Zaczęłam szukać inspiracji na zewnątrz. I wtedy ilustracja stała się dla mnie terapią z perfekcjonizmu. Musiałam rysować coś z siebie — a to było do dupy. Jakieś bazgroły, nie wiadomo co.
Po raz pierwszy zaczęłam zadawać sobie pytanie, którego nigdy wcześniej sobie nie zadałam w tworzeniu: a co mnie właściwie kręci? Wcześniej byłam ciągle skupiona na tym, jak inni będą to postrzegać. Pokazywanie tych bazgrołów było dla mnie ogromnym wyzwaniem.
I cały czas ta sama myśl: ale ja chcę, żeby już było piękne. Teraz. Co za gówno. Jakie do dupy.
Step by step
W końcu usłyszałam proste słowa od osoby z zewnątrz. Że przecież to proces. Step by step.
„Pierwsze rzeczy nigdy nie są piękne. Nie ma takiej możliwości. Może teraz jest brzydkie — ale z każdym kolejnym rysunkiem jest lepiej.”
To zostało ze mną do dziś. Brzmi banalnie, prawda? A jednak to było dokładnie to, czego całe życie nie umiałam sobie pozwolić zrozumieć: że brzydki początek nie jest porażką, tylko etapem.
Studiuję psychologię i teraz wiem, jak to nazwać. Perfekcjonizm tego typu — unikający, nie ten dopracowujący — to lęk przed oceną przebrany za wysokie standardy. Nie chodzi o jakość. Chodzi o to, żeby nie dać się przyłapać na czymś niegotowym. A skoro każda rzecz zaczyna się od bycia niegotową, perfekcjonista po prostu… nie zaczyna.
Sztuka była dla mnie terapią na perfekcjonizm, niecierpliwość i wytrwałość.
Nie nauczyła mnie robić rzeczy idealnych. Nauczyła mnie robić rzeczy brzydkie — i zostawać przy nich wystarczająco długo, żeby stały się dobre. To zupełnie inna umiejętność. I dużo ważniejsza.
Dlatego powstało Kickomi
Mówię to z pełnym przekonaniem: gdyby nie to, nie zaczęłabym pracy nad własną marką.
Bo ciągle nie byłby „ten moment”. Ciągle czegoś by brakowało, ciągle byłoby za wcześnie, za brzydko, za niegotowo. Perfekcjonista czeka na warunki idealne, których nie ma i nigdy nie będzie.
A przecież to czas formuje. Step by step. Pierwsze produkty, pierwsze opisy, pierwsze TikToki, pierwsze błędy. Nic z tego nie było idealne na starcie. I właśnie dlatego w ogóle jest.
Kickomi to dla mnie nie tylko sklep z art toys. To dowód, że nauczyłam się zaczynać, zanim było gotowe. Że przepuściłam przez siebie tę lekcję z ilustracji i wpuściłam ją w biznes.
I może dlatego tak serio traktuję te małe figurki jako sztukę. Bo wiem, ile odwagi kosztuje pokazanie czegoś, co wyszło z czyjegoś środka. Każdy art toy to czyjś bazgroł, który ktoś miał odwagę dokończyć.
Kim jestem i skąd to wszystko.
ASP, psychologia, perfekcjonizm, z którym wciąż się układam. Jeśli chcesz poznać więcej tej historii — albo zobaczyć, jak patrzę na art toys jak na sztukę — zostań na chwilę.
— Kejt, założycielka Kickomi
